białołeka
Dom Dziecka w Białołęce Dworskiej

Siostra Matylda Getter

Dom Dziecka w Białołęce Dworskiej

W marcu 1925 roku Zgromadzenie Sióstr Rodziny Marii, którego przełożoną była siostra Matylda Getter, nabyło od hrabiego Mikołaja Ordęgi - właściciela dóbr Białołęka Dworska w gminie Jabłonna, majątek ziemski o powierzchni 11,74 ha. Białołęka Dworska w tym czasie należała do parafii Tarchomin.

Na posesji tej były dwa parterowe, letniskowe domy. W każdym było 10 pokoi. Budynki były bardzo zniszczone. Wcześniej istniał już - jak wtedy nazywano Zakład w Płudach, który powstał w roku 1924.

W tym to czasie, magistrat miasta st. Warszawy zwrócił się do Siostry przełożonej Matyldy Getter z prośbą przyjęcia stu dzieci najbardziej potrzebujących pomocy. Były to przeważnie sieroty - ofiary ostatniej wojny.

W tej sytuacji, ponieważ Zakład w Płudach był już przepełniony, przystąpiono do remontu istniejących budynków i adaptacji ich do aktualnych potrzeb. Trudności w realizacji tego przedsięwzięcia były olbrzymie i jak mówiono "Trzeba tu czynu Bożego, aby trudnościom podołać". Tak powstała nazwa Zakładu dla Dzieci w Białołęce Dworskiej - "Zakład Bożyczyn".

Już wiosną 1926 r. zakład ten przyjął 60 chłopców z Zakładu w Płudach z uwagi na panującą tam epidemię chorób zakaźnych. W największym pomieszczeniu otwarto kaplicę domową, która służyła siostrom, dzieciom i domownikom. Pierwszą przełożoną Domu Bożyczyn była Siostra Katarzyna Sienkiewicz. Koszty utrzymania dzieci pokrywało Ministerstwo Pracy i Opieki.

Wiosną 1927 r. założono ogród warzywno-owocowy. Rozbudowano również Zakład. W 1928 r. powstały budynki gospodarcze, które w przyszłości miały służyć szkole gospodarczej dla dziewcząt przy tym Zakładzie.

W tym czasie liczba dzieci wzrosła już do stu - 60 chłopców i 40 dziewcząt w wieku od 3 do 7 lat. W roku 1930 powstała szkoła gospodarcza dla dziewcząt w wieku 14-20 lat, w której zajęcia praktyczne prowadziły przygotowane do tego rodzaju pracy Siostry, zdobywające wcześniej przygotowanie w podobnej szkole w Czechosłowacji. Były to Siostry: Janina Pawelec i Stanisława Borowska. Przedmiotów ogólnokształcących uczyły się dziewczęta na kursach wieczorowych w Płudach, po ukończeniu których szły przygotowane do pracy i usamodzielnione. Poza tym uczennice Szkoły gospodarczej zdobywały doświadczenie w pielęgnacji i wychowaniu dzieci, gdyż magistrat m. st. Warszawy powierzył w tym czasie Zakładowi 50 małych dzieci.

Od 1931 r. zgodnie z żądaniem ówczesnych władz oświatowych wychowywanie dzieci w wieku 3-7 lat odbywało się systemem przedszkolnym. Pierwszą kierowniczką tego przedszkola była siostra Helena Julia Chlastowa.

W 1934 r. posesję ogrodzono parkanem z drewnianych sztachet, który chronił częściowo owoce nowo posadzonego sadu.

Dzięki energicznej ówczesnej przełożonej siostrze Franciszce Liebthal, Dom Bożyczyn uzyskał samodzielność i niezależność od Zakładu w Płudach. Od tego czasu następuje swobodny rozwój Zakładu. W roku 1937 - ponieważ gospodarstwo rozrastało się - wydzierżawiono we wsi Szamocin od Kamili Domańskiej łąkę na pastwisko i na zbiór siana. Dla dzieci wybudowano mały basen kąpielowy, założono huśtawki, wyznaczono plac zabaw.

W 1938 r. Zakład liczył już 120 dzieci w wieku przedszkolnym i 18 pracujących w nim sióstr. Szkołę gospodarczą zlikwidowano, gdyż ówczesne władze oświatowe nie kierowały do niej nowych dziewcząt. W maju 1939 r. magistrat przysłał do Zakładu 10 chłopców w wieku szkolnym, oraz podobną grupę z Ostrołęki. W związku z tym, tuż przed wybuchem II Wojny, Zakład zmienia częściowo swój charakter, stając się częściowo zakładem szkolnym.

We wrześniu 1939 r. w czasie oblężenia Warszawy wojska niemieckie zajęły dom główny Zakładu przeznaczając go na szpital polowy. Siostrom pozostawiono zabudowania gospodarcze. Sytuacja stawała się bardzo trudna, tym trudniejsza, że przysłano jeszcze grupę 20 osobową chłopców w wieku 12-16 lat ewakuowanych z Szamotuł Poznańskich, dla których nie było tu żadnych warunków. W związku z tym udało się umieścić ich w bursie w Warszawie.

W początkach roku 1940 przywieziono nową partię dzieci wywiezionych z Ciechocinka. Dla przypomnienia dodać należy, że Szamotuły i Ciechocinek leżały w tym czasie na terenie tzw. Wartegau i stanowiły integralną część III Rzeszy, z której wysiedlano Polaków.

Raptownie wzrasta ilość dzieci szkolnych. Poza tym w Domu Bożyczyn w tym czasie znalazło schronienie wielu księży, rodziny opuszczone, dzieci żydowskie, Siostry Zakonne z Anina i Marek oraz chorzy potrzebujący pomocy. Za przechowywanie wielu z tych osób groziły siostrom bardzo poważne konsekwencje ze strony władz niemieckich.

Dla uzupełnienia należy wspomnieć, że do Białołęki Dworskiej i Choszczówki oraz okolicznych wsi zjechało kilkanaście rodzin wysiedlonych z Poznańskiego, a wśród nich rodzina Kubiaków z Turka koło Konina, której członkowie wstąpili tutaj do konspiracji. Wspomnienia z tego okresu ujął jeden z nich w pięknym wierszu, opisując w nim łany zbóż i wrzosy Choszczówki i Łapigrosza.

Pomimo tak olbrzymich trudności siostry tylko im znanymi sposobami zdobywały żywność i lekarstwa, aby utrzymać przy życiu przede wszystkim dzieci. W pamięci pozostanie siostra Filomena Stanisława Kijewska, która z narażeniem życia niosła pomoc potrzebującym.

Względny spokój panował do sierpnia 1944r., kiedy to zbliżał się front wschodni. We wrześniu Niemcy ewakuowali wszystkich mieszkańców Białołęki Dworskiej. Siostry z dziećmi przeniesiono do Zakładu w Płudach, gdzie umieszczono je w piwnicach, w których już było tłoczno, a warunki stały się trudne do opisania. Wokół padały bomby, rozrywały się pociski artyleryjskie, a nad tym wszystkim unosił się dym i zapach prochu. Białołęka Dworska płonęła - płonął również Zakład Bożyczyn. Od wschodu, od strony Radzymina, Szamocina, Grabiny, Józefowa nacierały oddziały Wojska Polskiego, a na odcinku Legionowa - oddziały radzieckie. Cały teren pokryty umocnieniami ziemnymi, rowami łącznikowymi - transzejami i polami minowymi.

Zarówno broniący się jak i atakujący wielokrotnie zmieniali pozycje. Z wysokich sosen, brzóz, dębów sterczały tylko kikuty pni przestrzelonych pociskami. Na tle tego piekła widać było sanitariuszy znoszących z pola walki rannych. Poległych grzebano w prowizorycznych mogiłach.

W nocy z 9 na 10 października wpadli do piwnic płudowskiego Zakładu Niemcy z rozkazem natychmiastowego opuszczenia przez wszystkich zajmowanych pomieszczeń. Dwie wychowawczynie z sześćdziesięciorgiem dzieci wyruszyły w nieznane. Pozostałe siostry z dziećmi przedszkolnymi miały opuścić piwnice następnego dnia rano. Tymczasem rozeszła się informacja ze źródeł niemieckich, że w Płudach pozostały tylko staruszki i dzieci gruźlicze. Informacja ta stwarzała nadzieję, że takich "wraków ludzkich" nie będzie potrzeby ewakuować.

Pomimo zaciętych walk po drugiej stronie torów kolejowych od strony wschodniej gęstość padających pocisków znacznie się zmniejszyła. W tym względnym spokoju niedoszli uciekinierzy doczekali 24 października 1944 r., kiedy to zobaczyli żołnierzy polskich. Wojsko wynosiło z piwnic głodne, zmęczone dzieci, podziwiając, że wytrzymały na samej linii frontu ten okrutny czas. Jeszcze tego samego dnia ewakuowano wszystkie dzieci do Międzylesia do "Zosinka".

Siostry początkowo wróciły do Zakładu w Białołęce, lecz z uwagi na stopień zniszczenia, gruzy i zgliszcza uniemożliwiające egzystencję - poszły za dziećmi. Tylko trzy z nich zatrzymały się w jakichś opuszczonych schronach na terenie Zakładu w Białołęce Dworskiej, aby czuwać nad tym, co jeszcze ocalało.

Tuż za pierwszymi polskimi oddziałami przyjechał do Białołęki gen. Michał Rola-Żymierski szukając wśród tlących się jeszcze zabudowań swej żony i córki, które tu mieszkały jeszcze jesienią 1944 r. Córka - mała Zosia początkowo pod własnym, a później zmienionym nazwiskiem była uczennicą szkoły w Płudach prowadzonej przez Siostry. Nie znalazł ich. Przez Rajszew dostały się na drugą stronę Wisły.

Współwłaściciel Marcelina - Henryk Majlert w swym liście z marca 1945 r. tak relacjonuje sytuację, jaką zastał po powrocie do swego majątku, już po przejściu frontu: "... okopy z silnie rozbudowanymi bunkrami i całą krętaniną różnych mniejszych fortyfikacji, stanowisk czołgów i artylerii ... mamy w sadzie kilka wagonów min, amunicji najrozmaitszej i niewypałów, sporo grobów i resztki koni ...".

A Leszek Moczulski w "Stolicy" tak mniej więcej opisuje nasz teren "... codziennie toczą się boje, trwają ostrzały artyleryjskie i bombardowania z powietrza. Niemcy wysiedlili praktycznie całą ludność, niszczą jej siedziby ... przez kilka miesięcy jesiennych i zimowych trwa rozbudowa licznych pasów niemieckiej obrony, połączona z całkowitym burzeniem wielu wsi i osiedli i zamianą użytków rolnych w pola minowe ... przerażenie na widok zniszczonej Warszawy jest niczym w porównaniu z makabrycznym obrazem tych powiatów, który każe bić na alarm i wołać o ratunek dla ludzi ginących z nędzy przekraczającej wszelkie opisy i wyobrażenia ... ". W czasie tych walk na terenie Choszczówki, Białołęki, Kobiałki, Szamocina i w pasie nadwiślańskim poległo ponad tysiąc żołnierzy - tylko polskich.

W listopadzie siostry będące w Międzylesiu przeniosły się do Marek i zamieszkały tu u sióstr Skrytek. Żywność dostarczał Komitet Pomocy Uchodźcom z Lublina.

Wiosną 1945 roku życie wolno wracało. Dni były cieplejsze, a więc i zamieszkiwać można było w prowizorycznych barakach, komórkach, opuszczonych schronach. Przystąpiono do odbudowy budynku Bożyczyna własnymi siłami przy pomocy ofiarnego społeczeństwa. Do wiosny 1946 r. wyremontowano budynek gospodarczy, a w dniu 23 czerwca 1946r. przystąpiono do budowy nowego głównego budynku.

3 czerwca 1947 r. siostry wraz z dziećmi po długiej poniewierce i kilku przeprowadzkach zamieszkały w lichym, starym baraku sprowadzonym z Elbląga, ale już na swoim własnym terenie w Białołęce Dworskiej. Brak funduszów i materiałów zmusza Siostry do wytężonej pracy przy budowie. Przełożona Zakładu - Siostra Kaniewska - wraz z innymi siostrami i dziećmi pracowała przy rozbieraniu zniszczonych murów, czyszczeniu cegieł, dostarczaniu materiałów do budowy i zdobywaniu żywności.

Niezmordowane w swym poświęceniu robiły wszystko, byleby przed zimą zamieszkać w domu murowanym, gdyż w baraku było już bardzo zimno, a wiatr hulał po pokojach. Pomocy w budowie udzieliło Ministerstwo Oświaty.

W podobnej sytuacji byli wszyscy mieszkańcy zniszczonych osiedli. Jak ciężka była praca przy budowie można sobie wyobrazić. Nie było samochodów do dowożenia materiałów, nie było dźwigów, betoniarek itd.. Jedyną mechanizacją był wóz konny, taczki, bloczek z liną na końcu której wisiało wiadro z zaprawą murarską i mocne ręce.

1 listopada 1947 r. ulokowano dzieci w niewykończonym nowym budynku. Intensywne prace prowadzone są nadal przy dostosowywaniu wnętrz do potrzeb dzieci.

W 1956 r. w Zakładzie - już jako placówce społecznej następują zmiany. Władze oświatowe zabierają większość chłopców starszych kierując ich do Państwowego Domu Dziecka, natomiast Białołęka otrzymuje 3 letnie dzieci z Państwowego Domu Małego Dziecka z ul. Nowogrodzkiej.

Tak utworzyły się dwie grupy przedszkolne w liczbie 52 i jedna szkolna (I, II i III klasa) w liczbie 28 dzieci. Fundusze na utrzymanie Domu Dziecka - Bożyczynu płyną już ze Skarbu Państwa poprzez Caritas, który od 1951 r. ma nadzór nad Zakładem, a Dom zmienia nazwę na "Dom Dziecka - Caritas". Pomimo zmian atmosfera w domu jest miła, rodzinna, dzieci mają zapewnioną opiekę pod każdym względem.

W 1959 roku Zgromadzenie Sióstr Rodziny Marii - jednostka nadrzędna Sióstr z Białołęki Dworskiej - przekazała nieodpłatnie 1,4 ha ziemi, jako swój wkład w budowę szkoły 1000-lecia w Białołęce Dworskiej. Ze strony Sióstr był to wspaniały gest, bardzo mile przyjęty przez miejscowe społeczeństwo.

W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła mała korekta i Zarząd Gminy Białołęka przekazał Siostrom pewne sumy tytułem rekompensaty za przekazany w 1959 r. plac. Pieniądze te stanowią część kosztów nowego domu Sióstr wznoszonego przy zbiegu ul. Ołówkowej i Wałuszewskiej.

Siostry wraz z dziećmi wzięły udział w dniu 24 czerwca 1961 r. w uroczystym wmurowaniu aktu erekcyjnego pod nową szkołę, a już w dn. 3 września 1962 roku przyprowadziły swe dzieci na rozpoczęcie nauki w nowoczesnym, jak na tamte lata, gmachu szkolnym.

Siostry cieszą się pozytywnymi wynikami w nauce swych wychowanków, ich dobrą opinią w szkole i u władz nadrzędnych. Personel zakonny troszczy się o zdrowie dzieci, o ich wszechstronny rozwój - choć trzeba przyznać, że trafiają się tu dzieci trudne, którym trzeba poświęcać szczególnie dużo czasu i wyrozumiałości. Poza tym Siostry starają się oddziaływać dodatnio na rodziny swych wychowanków. Jeszcze kilka lat temu, gdy osiedle nie miało łączności telefonicznej, siostry w nagłych przypadkach udzielały mieszkańcom również pierwszej pomocy medycznej.

Do niedawna prowadziły gospodarstwo rolne, ogród warzywny i oranżerię. Szczególnie dużo pomocy udzielały siostry okolicznym mieszkańcom będącym w bardzo trudnych warunkach w latach osiemdziesiątych - w tym przeważnie osobom w podeszłym wieku, samotnym, a także rodzinom wielodzietnym. Pomagały żywnością i odzieżą zdobytą w sobie tylko wiadomy sposób. Ludzie ci ze swymi problemami zwracali się przede wszystkim do Siostry Reginy Żylińskiej i nigdy nie odchodzili z pustymi rękami.

W tych to trudnych latach zawiązało się Towarzystwo Przyjaźni Holendersko-Polskiej, którego członkiem i organizatorem została była uczennica Sióstr w Płudach, a zamieszkała obecnie w Holandii - Jadwiga Rogala-Borowska wraz z synem Andrzejem. Jej to zawdzięczać należy, że wiele transportów z holenderskimi darami trafiało do Domów Dziecka, do Domów Opieki Społecznej, do szpitali i to nie tylko w Warszawie.

Jak ścisłe były więzi między "Bożyczynem" , a później Domem Dziecka - Caritas i mieszkańcami, świadczyć mogą liczne przykłady: od wielu, wielu lat siostry udostępniają swą kaplicę mieszkańcom okolicznych osiedli, aby nie musieli pokonywać wielu kilometrów na mszę św. do kościoła w Płudach. Jeszcze w latach pięćdziesiątych każdej niedzieli na "parkingu" przed kaplicą stały rzędy wymoszczonych słomą z ławeczkami furmanek, którymi przyjeżdżały całe rodziny. Dziś ich miejsce zajmują eleganckie samochody - choć większość zmotoryzowanych jeździ już do innych kościołów wtapiając się w wielkomiejski tłum.

W latach sześćdziesiątych, kiedy to jeszcze ul. Ołówkowa była Jasną i miejscami trudno przejezdną, ksiądz kapelan Sióstr skupiał wokół siebie młodzież osiedla, umiał z nią rozmawiać, mieli wspólne zainteresowania. Zorganizował boisko do siatkówki na pustym placu przy zbiegu ulic Wałuszewskiej i Jasnej. Kupił piłkę i siatkę. Chłopcy załatwili słupki. Był sędzią, graczem i instruktorem. Aby w jesienne wieczory młodzi ludzie nie nudzili się, załatwił z pracownikami oświetlenia ulic skierowanie snopa światła lamp ulicznych tak, aby jednocześnie oświetlały ulice i boisko. W każdą niedzielę u niego do mszy służyło 10 - 12 ministrantów, którym siostry uszyły małe komże. Chłopcy uważali sobie, za punkt honoru być ministrantami. Dziś ówcześni chłopcy są dorosłymi mężczyznami. Wielu z nich zajmuje poważne stanowiska, ale przy koleżeńskich spotkaniach mile wspominają tamte lata.

Również w tych latach sześćdziesiątych - siedemdziesiątych Siostry prowadziły u siebie naukę religii dla uczniów szkół w Białołęce Dworskiej. Ze względu na panujący tu klimat, większą niż szkolna swobodę, na lekcje, choć nie były obowiązkowe, uczęszczały całe klasy niezależnie od tego gdzie pracowali rodzice, jakie zajmowali stanowisko służbowe czy funkcje społeczne. Natomiast lekcje religii dla młodzieży szkół średnich odbywały się przy kościele, w Płudach, a świadectwa z ocenami podpisane przez ówczesnego ks. Proboszcza Michała Rudzkiego (1966-1978) stanowią dziś pożółkłe już dokumenty tamtych lat.

A prace na rzecz osiedla - odśnieżanie pługiem konnym głównych ciągów pieszych w czasie obfitych opadów śniegu, czy wypożyczanie wozu konnego niejednokrotnie z woźnicą do różnych prac remontowych dróg i chodników, odwiedzanie chorych sąsiadów itd. a nawet partycypowanie w kosztach budowy oświetlenia ulicznego osiedla. Tu już nie chodziło o wielkość przekazywanych na ten cel kwot, lecz sam gest, gdyż były to pieniądze z osobistych ich kont.

Wyjaśnienia wymaga to, że przed kilkunastu laty żaden miejski pług do odśnieżania nie pokazywał się na Białołęce Dworskiej, żadne przedsiębiorstwa budowy dróg nie interesowały się naszymi drogami czy chodnikami. Był czas, że za kilka punktów świetlnych na ulicach mieszkańcy regulowali rachunki, a dokumentację techniczną na budowę linii oświetleniowej dodatkowych ulic mieszkańcy pokrywali z własnej kieszeni.

Nierzadko widać było siostry pracujące przy wykopkach ziemniaków, żniwach, omłotach, pasieniu krów czy nawet powożące wozem konnym. Siostry brały i biorą czynny udział w przygotowywaniu ołtarzy na uroczystości Bożego Ciała.

Procesje tradycyjnym już szlakiem od Kościoła "Na Górce" ulicą Klasyków do leśnej, zielonej polany przy st. kol. Płudy - od czasu powstania parafii Narodzenia NMP tj. od 16 września 1949r. przechodzą często udekorowaną ulicą, nie niepokojone samochodami czy autobusami. Wcześniej, posterunki MO, a obecnie Straży Miejskiej czy Policji zamykają ulicę Klasyków przy Modlińskiej, Fletniowej i Czołowej. Raz tylko ksiądz proboszcz Mirosław Bielawski wprowadził innowację i procesja weszła w głąb osiedla Płudy. Nowy zwyczaj nie uzyskał aprobaty, gdyż ulice - wtedy wąskie, nieutwardzone, piaszczyste drogi, częściowo zarośnięte kłującymi akacjami, nie sprzyjały przejściu jednoczesnemu dużej ilości ludzi.

We wspomnieniach z tamtego okresu pozostały procesyjne spotkania znajomych, których nie widziało się cały rok, choć byli mieszkańcami tej samej parafii. W dniu Bożego Ciała uczestniczyli - śmiało powiedzieć można - prawie wszyscy parafianie. Dziś choć mieszkańców jest więcej, na procesjach jest luźniej, gdyż wielu z nich w tym dniu korzystając z posiadanych samochodów wyjeżdża do swych rodzinnych miejsc.

Nie sposób również pominąć faktów, kiedy to Siostry odwiedzają chorych, przykutych do łóżka, starych - nie tylko wiekiem ale stażem mieszkańców, a także odprowadzają ich ... Nie chodzi tu o wsparcie materialne, lecz sama świadomość chorego, że ktoś spoza najbliższych o nim pamięta - przynosi mu ulgę. Tak czynili również dr Zygmunt Nowicki i nieżyjąca już dr Marta Doroba-Szafarkiewicz. Słowa: "... chorych nawiedzać ... " może nawet nieświadomie wcielali w czyn.

Może dlatego tak wrosły Siostry w krajobraz starej Białołęki Dworskiej, której młodzi nasi mieszkańcy nie znają, a starzy nie bardzo chcą mówić o tamtych czasach, gdyż już czują się mieszkańcami wielkiego miasta. A może to fałszywy wstyd?

Ale czasy się szybko zmieniają. Nie ma gospodarstwa rolnego u Sióstr, nie ma wozów konnych, Siostry przesiadły się z rowerów na samochody. Stary murowany piętrowy budynek główny, kiedyś chluba Bożyczynu, chyli się ku upadkowi. Zastąpi go budowany od początku lat dziewięćdziesiątych piękny, nowoczesny, obszerny gmach. Po jego ukończeniu i uporządkowaniu otoczenia będzie wizytówką osiedla, tym bardziej, że usytuowany on jest przy dwu głównych ulicach: Wałuszewskiej i Ołówkowej, widoczny również od ul Bohaterów.

Dziś po dziesiątkach już lat od opisanych tu wydarzeń, patrząc na nie bez emocji, nasuwają się refleksje. Czy wszystkie posunięcia były racjonalne? Czy był to zwykły zbieg okoliczności - szczególnie w latach 1939 - 45? Czemu zawdzięczać, że straty wśród dzieci i sióstr były stosunkowo małe przy tak olbrzymich zagrożeniach (wokół posesji sióstr przy ul. Wałuszewskiej i Ołówkowej było wiele prowizorycznych mogił żołnierzy i cywilów oraz wraki spalonych i rozbitych czołgów).

Dom Dziecka w Płudach, zarówno jego położenie jak i duże znaczenie strategiczne nie był wykorzystany i zniszczony zarówno przez wojska wycofujące się, jak i nacierające, zważywszy na to, że wokół pozostały tylko gruzy. Czyżby w tym przypadku przestrzegano konwencji międzynarodowych zabraniających m.in. niszczenia obiektów sakralnych i użyteczności publicznej? Jakiż to rozkaz otrzymali dowódcy by oszczędzić schrony-piwnice pełne dzieci i ludzi starych? A przecież wystarczyłby jeden ciężki zabłąkany artyleryjski pocisk by wszystko stało się inaczej. A może wrócić do starej, pierwszej nazwy Zakładu w Białołęce Dworskiej?

Zbigniew Bzinkowski
Warszawa, marzec 2001

***

W artykule wykorzystano m.in. pracę Marii Ulbrych i relacje Sióstr.

Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
03-122 Warszawa
ul. Modlińska 197
Telefon:
22 44 38 400
Godziny pracy:
Pon-Pt: 08:00 - 16:00

Więcej na temat działania urzędu w komunikacie...