białołeka
Krystyna Laskowska-Stachowiak "Magdalena"

26 lutego 2000 roku zmarła w Poznaniu "Magdalena", podporucznik Armii Krajowej, w okresie okupacji hitlerowskiej żołnierz II batalionu I Rejonu "Obroży" Okręgu Warszawskiego.

Po początkowej działalności w kolportażu prasy podziemnej, będąc mieszkanką Dąbrówki Szlacheckiej (obecnie Gmina Warszawa-Białołęka), otrzymała przydział do "Kedywu" I Rejonu, do działającego przy II batalionie Oddziału Dywersji Bojowej ppor. Stefana Ziembińskiego "Soplicy". Oddział przyjął za patrona Stefana Okrzeję.

Pełniąc służbę w tym oddziale "Magdalena" uczestniczyła w wielu akcjach dywersyjnych i sabotażowych na terenach II batalionu, wykonując szczególne zadania. Była to z reguły działalność wywiadowcza. Takie zadania dowództwa Armii Krajowej często zlecały kobietom posiadającym większe od mężczyzn możliwości ich wykonania.

Okupant nie doceniał bowiem roli polskich kobiet w konspiracyjnym ruchu niepodległościowym. Poza odwagą, rozwagą i innymi cechami "Magdalena" posiadała znakomitą znajomość języka niemieckiego, którą zdobyła przed wojną, w okresie studiów w Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Jak podawała we wspomnieniach z okresu okupacji, znajomość tego języka wielokrotnie ocaliła Jej życie.

Tak było i wówczas, kiedy powożąc dwukonnym wozem przewoziła broń swego oddziału z lasów w Choszczówce i Grabinie w kierunku Buchnika-Kępy Tarchomińskiej. W drodze napotkała dwa niemieckie czołgi, sposobiące się akurat do pacyfikacji lasów. I wtedy potrafiła nakłonić Niemców, aby pomogli przepchnąć Jej wóz obok stojących czołgów.

Na szczęście "pomocnikom" nie przyszło do głowy, że pod plandeką "polnische Freulein" wiezie karabiny i amunicję, do walki z takimi jak oni... Znajomość niemieckiego "Magdalena" wykorzystywała w wielu innych przypadkach. Także, kiedy w okresie Powstania przygotowywano akcję przeprawy przez Wisłę i przejście do Puszczy Kampinowskiej blisko 200-osobowego, legionowskiego batalionu por. "Znicza" prof. Bolesława Szymkiewicza.

W tym celu, na rozkaz dowódcy I Rejonu ppłk "Grosza" Romana Kłoczkowskiego, "Magdalena" wraz z "Bystrą" Jadwigą Smólską łączniczką z Legionowa, nawiązały i utrzymywały kontakty z rannym dowódcą Zgrupowania Kampinos kpt/ppłk "Szymonem" Józefem Krzyczkowskim, przebywającym w szpitalu w Laskach.

Starania te, przy dalszej pomocy łączniczek "Szymona" pozwoliły legionowskim oddziałom por. "Znicza" dotrzeć bezkolizyjnie do Puszczy, po ominięciu kilku linii niemieckich placówek.

W okresie września 1944 roku legionowskie oddziały por. "Znicza" zakwaterowane we wsi Brzozówka, ubezpieczały Zgrupowanie Kampinos od północy, walcząc z oddziałami wojsk niemieckich, usiłujących wtargnąć na tereny puszczańskie.

Akcję bojowa oddziałów legionowskich pod wsią Polesie Nowe, przygotowywał ppor. "Czcibór" Mieczysław Smerek, we współpracy z "Magdaleną" i z "Bystrą". Akcja dotyczyła likwidacji bardzo silnej placówki nieprzyjacielskiej, nadzorującej wojskowe kable łączności i dysponującej otwartym polem ostrzału w rejonie zakwaterowania oddziałów puszczańskich.

Akcja zakończyła się bitwą w dniu 21 września 1944 roku. Przyniosła ona straty obydwom walczącym stronom, ale założony cel został osiągnięty. W czasie jej przebiegu "Magdalena" już jako sanitariuszka niosła pomoc rannym kolegom.

W końcu tego okresu, miały miejsce walki Zgrupowania Kampinos z wojskami niemieckimi, realizującymi operację likwidacyjną, p.n. "Sternschnuppe". Zarówno na terenach Puszczy, jak i na trasie przebijającego się Zgrupowania do Gór Świętokrzyskich, "Magdalena" opatrywała rannych.

Po potyczce na rzece Utracie, odłączyła od kolumny marszowej, szukając możliwości lokowania rannych powstańców w szpitalach polowych, organizowanych w okolicznych majątkach ziemskich. "Magdalena" trafiła do takiego szpitala w Łuszczewie.

Tam napotkała zakonspirowaną grupę lekarsko-pielegniarską Żydów, kierowaną przez znanego kardiologa prof. dr Askenasa, ukrywającego się pod nazwiskiem Dąbrowskiego. Wespół z tym personelem, organizowała filię szpitala "Perełka" z Milanówka, dla rannych powstańców i uchodźców z Warszawy.

W tym czasie Niemcy prowadzili szczegółowe penetracje szpitali, w poszukiwaniu rannych partyzantów. Przy każdej "wizycie" wszystkim grozili śmiercią. Brutalnie zrywali opatrunki rannym, aby stwierdzić czy rany nie są świeże, pozorowali ich rozstrzeliwanie. Tymczasem rannych ciągle przybywało, chociażby z wielkiej bitwy Zgrupowania pod Jaktorowem.

Tworzyli oni ponad 40-osobową grupę. W tych warunkach personel lekarsko-sanitarny nie tylko musiał leczyć rannych, ale także chronić swych pacjentów, wykazując niesłychaną odwagę i ustawicznie angażując swoje własne bezpieczeństwo.

W działalności niepodległościowej "Magdalena" wykonywała wielorakie funkcje: wywiadowca i zaopatrzeniowiec, kolporter prasy i sanitariuszka, a w warunkach polowych także kucharka. Była bardzo lubiana przez kolegów.

Swoje obowiązki wykonywała nadzwyczaj sumiennie, z pełnym poświeceniem i z duża odwagą. Swymi bohaterskimi czynami chlubnie wpisała się w historię walki o niepodległość ojczyzny. Za tę działalność została odznaczona Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari V Kl., Krzyżem Armii Krajowej, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Odznakami "Akcji Burza" i Weterana Walk o Niepodległość oraz innymi odznaczeniami.

Po wojnie ukończyła Wydział Stomatologii Uniwersytetu Poznańskiego, uzyskując dyplom lekarza tej specjalności.

Odeszła Bohaterka Polski Walczącej. Cześć Jej pamięci!

W imieniu Towarzyszy Broni
Andrzej Paszkowski

Losy kobiety żołnierza ODB "Soplica"

(Poniższe wspomnienia zamieszczone zostały w Zeszycie 9-Luty 1996, który należy do zbioru "Na Przedpolu Warszawy" Zeszytów Historycznych Okręgu Warszawa Powiat Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej)

Pełniąc służbę w Oddziale Dywersji Bojowej (ODB) por. Stefana Ziembińskiego "Soplicy", brałam udział w większości akcji dywersyjnych mojego oddziału na naszym terenie. W czasie Powstania dano mi do dyspozycji dwukonny wóz i broń. Pełniłam funkcję zaopatrzeniowca, kolportera, przewoźnika broni, a w razie konieczności także sanitariuszki, a nawet kucharza. Przez moich chłopców byłam kochana "za żarcie".

Kilkakrotnie byłam wysyłana na zwiad przed akcjami dywersyjnymi, na przykład do Marek, gdzie nasz oddział planował odbicie bydła zarekwirowanego rolnikom przez Niemców. Dla wyjaśnienia dodaję, że łatwo porozumiewałam się z Niemcami, gdyż przed rozpoczęciem studiów na stomatologii miałam zaliczone dwa lata na Akademii Nauk Politycznych w Warszawie, gdzie języki zachodnie należały do najważniejszych przedmiotów.

Ta znajomość języka niemieckiego w czasie okupacji wielokrotnie ocaliła mi życie. Po raz pierwszy przy wywożeniu broni naszego oddziału z lasu w Choszczówce i Grabinie. Jechałam wówczas w kierunku Buchnika-Kępy Tarchomińskiej. Kiedy znalazłam się koło Konwaliowej Górki, na drodze używanej zazwyczaj tylko przez rolników, natknęłam się na dwa czołgi niemieckie przygotowane do pacyfikacji lasu.

Udało mi się jakoś Niemców zagadać i skłonić ich do przeprowadzenia mojego zaprzęgu koło czołgów na wąskiej drodze biegnącej między polami ornymi. Starałam się odwrócić ich uwagę od wozu, żeby nie zajrzeli pod plandekę, pod którą leżały karabiny.

Znajomość niemieckiego wykorzystywałam również w wielu innych przypadkach, m.in. dla zdobycia wiadomości o zgrupowaniu sił niemieckich na lewym brzegu Wisły w okolicach Babic, Łomianek, Lasek i Dziekanowa.

Było to w czasie, gdy na rozkaz płk. Romana Kłoczkowskiego "Grosza" chodziłam wielokrotnie, przeważnie nocą, do kpt. Józefa Krzyczkowskiego "Szymona" przebywającego w szpitalu, gdzie leczył się z ran odniesionych w czasie ataku na lotnisko bielańskie. Kpt. "Szymon" skontaktował mnie ze swoimi łączniczkami, miejscowymi dziewczętami2) znającymi doskonale teren.

Wspólnie z nimi opracowałyśmy trasę przemarszu możliwie najbezpieczniejszą drogą, od Wisły do Puszczy Kampinoskiej, dokąd trzeba było przeprowadzić nasz oddział liczący około dwustu chłopców.

Był początek września, Niemcy w tym czasie dość szczelnie otoczyli Puszczę od strony Wisły, zabezpieczając w ten sposób front od rzeki. Zgrupowani byli głównie w Łomiankach, Garbarni, Dziekanowie, Palmirach, Kępie Kełpińskiej, a od północy w Kazuniu.

Trzeba było iść nocą, lawirując między zgrupowaniami cekaemów, aby bezkolizyjnie dotrzeć do Puszczy. Szczęście nam sprzyjało, bo mimo różnych drobnych niespodzianek wszystko zakończyło się pomyślnie.

Oddział nasz zakwaterowano we wsi Brzozówka. Mieliśmy ubezpieczać naszą "Rzeczpospolitą Kampinoską" od północy i wschodu. Krótki pobyt w Puszczy przypieczętowany został 21 września 1944 r. bitwą naszego oddziału we wsi Polesie Nowe, gdzie poniosło śmierć lub odniosło rany dwunastu naszych najdzielniejszych chłopców.

Gdyby nie pomoc oddziału konnego "Doliniaków", którzy nas wsparli w końcowej fazie bitwy, nie ostałby się nikt z nas żywy. Ledwie zdążyliśmy pochować ukochanych kolegów, zaczął się atak na nasze zgrupowanie niemieckich czołgów od strony wsi Wrzosówka.

Następnego dnia, 27 września 1944 r., nastąpił atak lotniczy. Samoloty atakowały z niska nasz oddział zgrupowany na jedynej twardej drodze polnej między bagnami. Nalot siedmiu bombowców atakujących wieś zrobił z białego dnia noc. Był to dzień wymarszu wszystkich wojsk z Puszczy, zarządzonego przez mjr.

Alfonsa Trzaski-Kotowskiego "Okonia". Rozkaz ten był co najmniej o dobę spóźniony, bo nasze zgrupowanie zostało zmasakrowane. Mieliśmy wielu bardzo ciężko rannych, między innymi por. "Zygmunta", por. Pastwę z Henrykowa i wielu innych, których imion nie pamiętam. Z wielkim pośpiechem ładowaliśmy ich na wozy, tylko pobieżnie opatrując rany i podając tabletki uśmierzające ból. Nie pamiętam liczby wozów z rannymi, ale był ich niezwykle długi korowód.

Tragiczny finał tego kilometrowego peletonu, na końcu którego jechały wozy z rannymi, rozegrał się na mostku na rzece Utracie. Tam to czołgi i artyleria niemiecka zmasakrowały oszalałe ze strachu konie, wozy i jadących nań rannych.

Natomiast początek karawany wozów z Kampinosu dotarł do Jaktorowa. Mnie tam już nie było, gdyż rankiem postanowiłam udać się do Łuszczewa, gdzie spodziewałam się odszukać rannych lub resztek naszego oddziału, ewentualnie zasięgnąć wieści o jego losach.

Komendantem i naczelnym lekarzem szpitala w Łuszczewie był kardiolog prof. dr Askanas "Jan Dębowski". Zjawiłam się w momencie, kiedy w szpitalu odbywała się inspekcja żandarmerii, poszukującej chorych ze świeżymi ranami. Doktor "Jan" kazał mi natychmiast stanąć przy balii z brudną bielizną szpitalną i udawać wiejską dziewczynę nic nie wiedzącą o partyzantach.

Po wyjeździe żandarmów dr "Jan" zatrzymał mnie w szpitalu, radząc mi czekać na dyspozycje dowództwa naszego oddziału odnośnie do mojej osoby. Niestety, nie doczekałam się ich, bo nasze oddziały zostały rozbite pod Jaktorowem. Zadaniem okolicznych szpitali było przyjmowanie ewentualnych niedobitków, gdyby się tacy zgłosili.

Aby stworzyć dla nich bodaj pozory bezpieczeństwa, dr "Dębowski" wystarał się o zezwolenie RGO i Czerwonego Krzyża na organizowanie filii szpitala "Perełka" w Milanówku, który sam będąc filią szpitala pruszkowskiego, przyjmował chorych i pesonel szpitalny z obozu w Pruszkowie. Taki szpital-filia powstał w pierwszych dniach października między innymi w majątku Kuczyńskiego w Woli Gawartowej. Komendantem z ramienia Armii Krajowej, a oficjalnie lekarzem naczelnym, został tam dr "Jan Dębowski", jego zastępcą był dr Kuźniecow.

Także żony obydwu lekarzy wchodziły w skład personelu lekarskiego, uzupełnionego przez młodego pseudolekarza, bo w rzeczywistości był on studentem trzeciego roku medycyny.

Ja sama zostałam powołana na stanowisko siostry przełożonej personelu pielęgniarskiego, w skład którego wchodziły: pielęgniarka dyplomowana Pawlusiówna z Warszawy "Zofia" (nie wiem czy było to jej nazwisko czy pseudonim) oraz sanitariuszki: Leokadia Ptaszek "Ewa" moja prawa ręka, niezwykle pracowita i solidna, wysiedlona z Grodziska Wielkopolskiego do Leszna koło Sochaczewa, dwie siostry Goetel Hanka "Czarna" oraz "Dziunia" (nie znam ich bliższych personaliów), trzy sanitariuszki przysłane z "Perełki": "Diana", "Anna" ze swoją siostrzenicą czy córką. Trzy ostatnio wymienione sanitariuszki i dr "Dębowski" byli Żydami.

Już w pierwszych dniach działalności naszego szpitala zaczęli napływać rozbitkowie spod Jaktorowa. Najwcześniej, w grupie 19 osób, w której przeważali wilnianie, zjawili się pchor. Jerzy Boszko "Boruta" obecnie profesor Politechniki Poznańskiej i sierżant Czesław Bożym "Szprycha". Ci dwaj stanowili trzon naszego personelu gospodarczego.

Stopniowo dobijali do nas dalsi kampinosiacy, stanowiąc z czasem większość w naszym szpitalu, bo było ich ponad czterdziestu. Była to nasza "bomba z opóźnionym zapłonem", wspomagana przez grupę sanitarną, złożoną z osób, których rysy wyraźnie zdradzały ich pochodzenie.

Przy nader częstych kontrolach Niemców trzeba było natychmiast usuwać ich z pola widzenia, podobnie jak naszych partyzantów, w przeważającej liczbie wilniaków, których śpiewny akcent sprawiał, że Niemcy uznawali ich za szpiegów sowieckich. Największe jednak niebezpieczeństwo groziło Żydom, rozstrzeliwanym na miejscu przez Niemców.

Kontrola żandarmów polegała na szukaniu osobników ze świeżymi ranami. Ku naszej rozpaczy kazali nam przecinać wszystkie opatrunki gipsowe, a my mieliśmy stały niedobór gipsu. Każda więc taka akcja żandarmów była tragiczna w skutkach. Nawiasem mówiąc, pod opatrunkami gipsowymi roiło się od wszy, z którymi wciąż prowadziliśmy walkę, niestety bezskuteczną wobec braku odpowiednich preparatów.

Winna jestem wyrazić w tym miejscu słowa głębokiego uznania dla nie żyjącego już doktora "Dębowskiego", który będąc Żydem z niesłychaną odwagą bronił naszej partyzanckiej gromadki podczas każdej wizyty żandarmów, z reguły grożących nam wszystkim śmiercią.

Trzeba było bronić każdego z chłopaków, których żandarmi ustawiali na podwórku pod murem, a przed nimi na stojaku umieszczali karabin maszynowy; trzymali też w pogotowiu dwa psy na smyczy. Jak tylko umiałam, z duszą na ramieniu, walczyłam wspólnie z doktorem "Janem" o życie naszych chłopców. Stanowiliśmy w takich chwilach idealnie zgrany duet.

Po każdej takiej scenie, jeżeli finał był pomyślny, wycofywałam się zgodnie z umową do pilnych zajęć, a właściciel majątku zabierał Niemców i doktora "Jana" do swego gabinetu na tęgą popijawę. Wizyty takie mieliśmy, o ile dobrze pamiętam, cztery.

Tymczasem front zbliżał się coraz bardziej; sytuacja stawała się dla nas z dnia na dzień trudniejsza. Mimo to nasze kierownictwo zdecydowało o powiększeniu ilości łóżek szpitalnych przez zorganizowanie szpitala w majątku Pawłowice, mającego status Liegenschaftu, to jest pozostającego pod zarządem administracji niemieckiej, zajmującej połowę pałacu. Z tej połowy Niemcy zgodzili się odstąpić nam dwie duże sale i jedną mniejszą na pokój zabiegowy.

Do Pawłowic oddelegowano mnie z poleceniem zorganizowania nowego szpitala gotowego do przyjęcia chorych. Na przeprowadzenie tej akcji dostałam wiadro, szare mydło, dwie szczotki ryżowe, 40 prycz i tyleż sienników oraz zagłówków.

Przez trzy dni z samozaparciem szorowałam szczotkami ryżowymi mozaiki podłogowe z różnokolorowego drewna i pięknie rzeźbione boazerie w sali jadalnej pawłowickiego pałacu. Najmniej pracy wymagała oranżeria, bo nie było w niej ani jednej szyby.

Gdy sale były czyste i gotowe na przyjęcie chorych, dowieziono z "Perełki" prowiant w postaci 50 kg kaszy jęczmiennej oraz 20 kg (dwa wiadra) marmolady.

W tym właśnie momencie kierownik Liegenschaftu zawiadomił mnie, że zgodnie z decyzją komendantury przyjedzie wieczorem oddział Kozaków (tych słynnych z pacyfikacji Warszawy) na zakwaterowanie w pomieszczeniach, które przygotowałam dla potrzeb szpitala. Był to dla mnie grom z jasnego nieba, ale i Niemcy bali się Kozaków panicznie.

Szef Liegenschaftu określił ich jako dzicz i radził mi natychmiast uciekać do Gawartowej Woli. Zapowiedział, że on sam również wyjeżdża do Sochaczewa. Był zaskoczony i przerażony, gdy odmówiłam wyjazdu, ale pomógł mi przenieść na piętro mój "magazyn" żywności, dał klucz do pokoju i żerdź z płotu do podparcia drzwi, gdyby Kozacy próbowali je wyważyć.

Nadeszła makabryczna noc. Moje pomieszczenia na piętrze było akurat nad pokojem zajętym przez Kozaków. W pełnym napięciu nasłuchiwałam odgłosów rżenia koni, rozpalania ogniska na tej pięknej mozaikowej posadzce, pijackich krzyków i strzelania z biczy. Wytrzymałam na moim pięterku tylko do rana. O świcie, z żerdzią w ręku i zgrozą w oczach oraz z potwornym wrzaskiem: "Raus!" wpadłam na ucztujących Kozaków.

Efekt był piorunujący: te groźne dzikusy potulnie jak baranki wyprowadzili konie i zarządzili odjazd. Był to istny cud: po Kozakach została tylko wypalona w podłodze dziura i miejsce po oszklonej serwantce, gdzie przechowywałam instrumenty do opatrunku. Piękna, secesyjna serwantka poszła na opał do ogniska. Dwie pozostałe sale z pryczami wyszły raczej obronną ręką z tej kozackiej pohulanki, ale Pawłowice nie miały szczęścia, bo wkrótce zajęło je dowództwo frontu.

Korzystając z faktu, że na froncie panował względny spokój, poprosiłam doktora "Jana" o tygodniowy urlop, chciałam bowiem odstawić do Kielc, do rodziców, mojego szesnastoletniego brata, który odnalazł mnie po bitwie jaktorowskiej. Poruszanie się po Polsce w tym czasie było bardzo utrudnione, doktor "Dębowski" zaopatrzył mnie więc na drogę w zaświadczenie stwierdzające u mnie zapalenie nerwu łokciowego. Dolegliwość tę miałam leczyć naświetleniami w Krakowie.

Dotarliśmy z bratem szczęśliwie do Kielc, do naszej rodziny wysiedlonej z Jabłonny i oddałam mamie ukochanego jedynaka. W Kielcach szybko odnalazłam "Znicza" i "Soplicę", którzy wysłali mnie w teren dla zbadania możliwości ewentualnej współpracy z tamtejszą partyzantką. Rezultaty tej mojej misji wypadły raczej negatywnie.

Krystyna Laskowska-Stachowiak "Magdalena"
Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
03-122 Warszawa
ul. Modlińska 197
Telefon:
22 44 38 400
Godziny pracy:
Pon-Pt: 08:00 - 16:00

Więcej na temat działania urzędu w komunikacie...